W Sudety mości Panowie i Panie

Na pl.rec.gory ktoś bardzo cwany opublikował tekst, którego nie mogę się powstrzymać, aby tutaj nie zacytować w całości.

Co za geniusz pióra to spłodził!?

Tak mi już obrzydził te Sudety, że nic innego nie robię, tylko myślę kiedy tam znowu mógłbym się wybrać.

W Sudety mości Panowie i Panie!!!

ale się uśmiałem :))))))))))

Witam wszystkich
Właśnie wróciłam z dwutygodniowego urlopu w Kotlinie Kłodzkiej i
Sudetach. Wstępnie miałam jechać do jakiegoś kraju śródziemnomorskiego
(Egipt, Turcja, Grecja), ale za namową koleżanki w końcu zdecydowałam
się na wypoczynek w polskich górach. Niestety urlopu nie mogę zaliczyć
do udanych – niech ten wątek będzie ostrzeżeniem dla innych osób,
które być może w przyszłości staną przed podobnym wyborem. Człowiek
uczy się na błędach, ja z pewnością już nigdy go nie popełnię.

W punktach postaram się opisać w skrócie rzeczy, które najbardziej
mnie zbulwersowały…

1) Fatalne oznakowanie szlaków w Górach Bystrzyckich. Odbyłyśmy pieszą
wycieczkę z Polanicy do Dusznik właśnie przez to pasmo. Osoby
wybierające się bez mapy i kierujące się wyłącznie kolorem szlaku na
bank tam się zgubią. My na szczęście dysponowałyśmy mapą, ale mimo to
nie raz schodziłyśmy nieplanowo z wcześnie ustalonej trasy. Nie
wiedzieć czemu szlak w pewnym momencie ginie, po czym pojawiają się na
drzewach czerwone serduszka na białym tle… Jeżeli to jakaś ścieżka
dla zakochanych to miejscowi mogliby przynajmniej pokusić się o jakieś
źródełko miłości – niestety niczego takiego po drodze nie
zauważyłyśmy…. Szczęśliwie dotarłyśmy do celu naszej podróży, ale
okupione to było dość dużą dawką stresu i niepewności. Ale mogło być
znacznie gorzej…. Gdyby wydarzyło się coś nieoczekiwanego
(zasłabnięcie itp.) wezwanie pomocy okazałoby się niewykonalne – otóż
wyobraźcie sobie, że w przeważającej części nie ma tam zasięgu
telefonii komórkowej! Wydawało się, że w XXI wieku taka sytuacja jest
mało prawdopodobna, okazuje się jednak, że w IV Rzeczypospolitej jest
to na porządku dziennym. Jakoś nie wyobrażam sobie, aby w dzisiejszych
czasach coś takiego spotkało mnie w normalnym, cywilizowanym kraju…
Trasa, o której piszę jest dość długa (około 20km), ale dopiero na jej
końcu trafiamy do schroniska pod Muflonem. Uważam, że po drodze
powinny znajdować się przynajmniej dwa podobne obiekty, w których
można by w spokoju usiąść i napić się piwa… Jako zaletę wymienionego
wcześniej schroniska napiszę, że serwuje on znakomite dania regionalne
– pierogi dusznickie i sudeckie. Jedne z nich z soczewicą, drugie z
kaszą gryczaną i mięsem. Jest też znakomity żurek. Ale to tylko mała
dygresja…

2) Wody mineralne – w okolicach jest pełno odwiertów i pijalni wód
mineralnych (Polanica, Duszniki, Kudowa, Lądek). W przewodniku
wyczytałyśmy, że mają one bardzo różnorodne działania lecznicze i mimo
niezbyt dobrego smaku (delikatnie powiedziane) działają zbawiennie na
organizm. Będąc w Dusznikach wypróbowałyśmy kilka źródeł (konkretnie
zdroje: Jacek i Agatka), a mając w pamięci ich dobroczynne działanie
pokusiłyśmy się również o zapasy na następne dni. Nazajutrz było
tragicznie. Mimo ładnej pogody spędziłyśmy cały dzień na zmianę w
toalecie. Nic dziwnego – tego samego dnia w naszych butelkach wytrącił
się brunatny osad, który z pewnością był przyczyną naszych żołądkowych
dolegliwości. Ludzie – nie pijcie tych świństw, jeżeli Wam życie miłe!
Wydawało mi się, że pewne przepisy sanitarne obowiązują i źródła przed
ich udostępnieniem dla kuracjuszy poddawane są procesom filtracji i
oczyszczania… Wytrącony osad w naszych butelkach sprawił, że moje
przypuszczenia zostały w brutalny sposób zweryfikowane. Z pewną
rezerwą będę podchodzić od tej pory do wody butelkowanej, choć jak
dotąd z osadem w nich się nigdy nie spotkałam…. A może miałyśmy
pecha i tylko Jacek i Agatka okazały się tak feralnymi źródłami (ze
zrozumiałych względów w trakcie pobytu nie dokonywaliśmy kolejnych
„degustacji”, więc nasza wiedza jest w pewien sposób ograniczona….)?

3) Śnieżnik – na widokówkach z okolicy na szczycie Śnieżnika figuruje
wieża widokowa, która skłoniła nas do zdobycia niniejszego szczytu.
Wejście okupione zostało dość dużym wysiłkiem. Uważam, że skandalem
jest, iż nikt nie pomyślał o zbudowaniu kolejki gondolowej (lub choć
wyciągu krzesełkowego) na najwyższy szczyt Sudetów Wschodnich,
skróciło by to znacznie czas potrzebny na jego zdobycie… Ale nie to
jest w tym momencie istotne – po wejściu na rozległy wierzchołek
okazało się, że wieża widokowa została podobno wysadzona 30 lat temu i
ostały się jedynie gruzy. Szczerze mówiąc poczułyśmy się oszukane i
mimo całkiem fajnych widoków już do końca dnia miałyśmy minorowe
nastroje. Zostały one znacznie pogłębione po złożeniu wizyty w
położonym nieopodal Schronisku PTTK. Aby dostać upragniony posiłek
należało odczekać w półgodzinnej kolejce. Pot lał się z naszych ciał,
gdyż pomimo wcale nie niskiej temperatury na zewnątrz wszystkie otwory
okienne były szczelnie zamknięte. Ciepło wydobywające się z kuchni
potęgowało duchotę. Gdyby taka sytuacja spotkała nas w innym miejscu
nie spędziłyśmy tam nawet chwili. Niestety w pobliżu nie było żadnej
alternatywy, prowiant się skończył, nie miałyśmy też ze sobą
zapasowych puszek piwa. A więc zmuszone byłyśmy do skorzystania z
usług lokalnego „monopolisty”. Sądzę, że budowa nowego schroniska w
niewielkiej odległości wymusiłaby konkurencję i podobne dantejskie
sceny wcale nie musiałyby stać się naszym udziałem…

4) Jaskinie – może nie jestem jakąś szczególną miłośniczką jaskiń, ale
muszę poruszyć ten temat. W planach miałyśmy dwie jaskinie – (podobno)
najpiękniejszą Jaskinię Niedźwiedzią oraz (podobno równie uroczą, co
Niedźwiedzia) Jaskinię Radochowską. Zwiedzenie pierwszej okazało się
zupełnie niemożliwe. Wyobraźcie sobie, że wszystkie wejścia zostały
„zarezerwowane” przez grupy zorganizowane z dwutygodniowym
wyprzedzeniem! Uważam, że to skandal! Przynajmniej dwie godziny w
trakcie dnia powinny być przeznaczone do zwiedzania przez prywatnych
turystów, którzy przecież nie muszą koniecznie wiedzieć, że jaskinia
cieszy się tak dużym zainteresowaniem….
Drugi punkt naszego programu (Jaskinia Radochowska) udało się
zrealizować, ale mam same niedobre wspomnienia. Po pierwsze – dotarcie
do jaskini wymagało przejścia około 3 km leśną drogą (uważam, że
powinny być tak jakieś bezpłatne busy), po drugie – jaskinia okazała
się zwykłą norą bez oświetlenia (w ciągu ostatnich lat zwiedziłam
jaskinie na pd Słowacji, Węgrzech i Słowenii i wydawało się, że
oświetlenie oraz seans światło-dźwięk wliczony w cenę biletu to
standard), po trzecie – przewodnik za oprowadzenie po tej „norze”
zażyczył sobie po 5 zł od osoby – chyba trochę dużo, biorąc pod uwagę,
że jedyną atrakcją była kałuża, która w opinii przewodnika miała być
jeziorem, w którym żyją unikalne gatunki owadów. Powiem tylko, że
jaskinia nie jest zupełnie przygotowana do zwiedzania, momentami jest
tam tak ślisko, że można się zabić. Zatem nie polecam, a wręcz
przestrzegam….

5) Błędne Skały – miał tu miejsce kolejny incydent, który także
wyprowadził nas z równowagi. Otóż jeden starszy pan o dość potężnej
posturze idąc szlakiem zaklinował się między skałami. Jako, że miało
to miejsce w połowie wyznaczonej ścieżki, a pomoc innych turystów
okazała się bezskuteczna zmuszone byłyśmy do odwrotu. Przedstawiliśmy
całą sytuację w kasie, żądając zwrotu przynajmniej części kosztów,
jakie poniosłyśmy. Spotkaliśmy się ze zdecydowaną odmową, co uważam za
skandaliczne. Nie mam nic przeciwko otyłym, ale w trosce o innych
użytkowników szlaku przy wejściu powinny dokonywane być pomiary
gabarytów turystów, które to pomiary skutecznie zapobiegłyby podobnym
nieprzyjemnym sytuacjom. Niestety to raczej mało prawdopodobne…

6) Śnieżka – będąc w Karpaczu postanowiłyśmy „zaliczyć” największe
wzniesienie Sudetów. Jakie było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że
kolejka nie zawiezie nas na szczyt, tylko konieczne jest przejście
jeszcze kilku kilometrów pod górę. Zdumienie to przerodziło się w
gniew, jak dowiedziałyśmy, że od południowej strony na samą Śnieżkę
poprowadzony jest wyciąg krzesełkowy. Jak widać obywatele
Czechosłowacji potrafią, Polacy już niekoniecznie. Poza tym mimo
przepięknej pogody w Karpaczu na Śnieżce panowała bardzo niska
temperatura i porywisty wiatr, ale to akurat nie było problemem, gdyż
uprzedzone o takich warunkach zaopatrzyłyśmy się w ciepłe sweterki.
Problemem była mgła, dzięki której widoczność na 100 metrów całkowicie
uniemożliwiła podziwianie górskich panoram… O tym nikt nas nie
uprzedzał…

7) Wodospad Kamieńczyka – kolejny skandal. Zwiedzanie wąwozu odbywa
się do godziny 17:00, przybywając na miejsce o 17:02 zostałyśmy
odprawieni z kwitkiem. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt,
że w wąwozie cały czas znajdowało się wiele turystów. Strażnik okazał
się osobą wyjątkowo skrupulatną i nie uległ naszym prośbom i namowom o
zrobienie wyjątku. Tym samym jedna z głównych atrakcji turystycznych
tamtego rejonu przeszła nam koło nosa.

Dodam jeszcze fatalne połączenia kolejowe (podróż 16-kilometrowym
odcinkiem między Dusznikami a Polanicą trwa niespełna godzinę!) oraz
brak rozrywek dla młodzieży w popularnych kurortach. Będąc w Polanicy
chciałyśmy wybrać się na dyskotekę – mając do wyboru dancingi, na
których średnia wieku uczestników przekraczała grubo 60 lat
postanowiłyśmy pozostać na kwaterze.

Mam nadzieję, że osoby, które chcą odpocząć w sympatycznej atmosferze
nigdy nie wybiorą się w tamten rejon. Ze swojej strony mogę
powiedzieć, że w przyszłym roku z pewnością nie dam się namówić na
podobne propozycje. W krajach śródziemnomorskich z pewnością nie
byłoby możliwe spotkanie się z taką dużą porcją absurdu i chamstwa.

Pozdrawiam serdecznie
Aneta

Comments are closed.