Białka Tatrzańska – Dolina Chochołowska, Grześ

Ferie: dzień 3

Ufff, rano wygrzany Pan Akumulator zapalił silnik. Kierunek Dolina Chochołowska. Parking prawie pusty, poza parkingowym (10zł mniej w portfelu). Bileter mówi, że jestem 67 osobą od rana.

Droga cała zaśnieżona i równa – aż się prosi o przypięcie nart biegowych.
Słońce na błękitnym niebie,skrzący i skrzypiący pod nogami śnieg. Jednym słowem idealny dzień na zimową wycieczkę!

Kolejno mijam poszczególne etapy: Polanę Huciska, wywierzysko, leśniczówka,Brama Chochołowska , odejście szlaku na Iwaniacką Przełęcz, Trzydniowiański i wreszcie Polana Chochołowska.

Dolina Chochołowska

Cała otoczona wysoko położonym pasm gór. A widoki zaczynają się przepiękne. Z przodu Wołowiec, na polanie kilkanaście szałasów pasterskich, z prawej Mnichy, a za plecami interesująca bryła Kominiarskiego Wierchu. Jak zwykle w takich wypadkach oddaję się fotografii.

W schronisku pusto o tej porze, no i drożyzna jak zawsze.

Ścieżka na Grzesia wije się poprzez las. Od czasu do czasu krzyżują się z nią ślady nart. „Całkiem nieźle sobie radzą ci narciarze” – pomyślałem.

Wychodzę na Bobrowiecką Przełęcz. Wszystko wokół zalane światłem słońca. W dali z morza mgieł wynurza się Babia Góra. Znów chętka rośnie aby tam powrócić.

Szybkie podejście wytyczkowaną ścieżką na Grzesia. Okrywa go jednolita, obła jasno świecąca bryła śniegu. Tyko czubki kosówki z niej wystają powyginane przez wiatr.

Dolina Chochołowska

Szczyt. I może Jan z Czarnolasu układający złote strofy pod swoją lipą wykrzyknąłby coś mądrzejszego, ale mi cisnęło się tylko na usta prostackie „O ku…!!!”. Widok był powalający!

Całe Tatry Zachodnie zajmują pół horyzontu. Rohacz Ostry i Płaczliwy sterczą zza odległej grani. Śnieg gdzie nie gdzie wywiany aż do gołej ziemi. I jak okiem sięgnąć ani jednego człowieka!

Panorama: Rakoń, Wołowiec, Rohacze, Starorobociański, Ornak

Odwrót z widokiem na Kominiarski Wierch. W dole widoczna Polana Chochołowska ze swoimi szałasami.

Grześ,Rakoń,Wołowiec

Szybki marsz-bieg ścieżką poprzez las i wreszcie pierwsi ludzie. Wyładowane plecaki sprawiają ,że moje pytanie „śpicie dziś pod namiotem?” wydaje się czczym gadaniem.

Zza następnego zakrętu wyłania się ONA. Tleniona blondynka, błękitne szpanerskie okulary, czerwony polar opięty na obfitym biuście, dopasowane getry i narty na nogach – słowem ski-tour’ówka pełną gębą.

Szybki posiłek w schronisku i powrót na Siwą Polanę.
Tym razem droga mija błyskawicznie, a niezmęczone jeszcze nogi niosą zachwycone ciało prosto do samochodu. Pan Akumulator odpalił i pozwolił wrócić do Białki Tatrzańskiej.
I tak oto zakończył się jeszcze jeden cudny dzień podarowany mi od życia.

Comments are closed.