Przez trzy przełęcze Tatr Wysokich(Lodowa Przełęcz-Czerwona Ławka-Rohatka)
27-28 sierpień 2004
Dzień 1: Dolina Jaworowa-Lodowa Przełęcz-Terinka
Budzik zadzwonił o 3.00. Pomyślałem sobie, czy ja przypadkiem nie zwariowałem ?
O 3.37 odjechał pociąg ze stacji Gliwice do Zakopanego. Podróż minęła dość szybko. Współpasażer tylko od czasu do czasu jak najęty powtarzał „jak ja nie cierpię tego pociągu”.
Ale go rozumiałem, przecież jechał z Poznania już całą noc. Aby go pocieszyć rozpocząłem dyskusję o kolejnictwie we Francji, a potem rozmowa przeszła na pociągi na poduszce magnetycznej w Japonii. Ale do tego doszliśmy dopiero, gdy pociąg w Suchej Beskidzkiej zmienił kierunek jazdy na przeciwny i jeszcze trochę zredukował prędkość.
Do Zakopanego doturlaliśmy się na 9.20. Potem już wszystko potoczyło się bardzo szybko. Po wyjściu z dworca, od razu znalazłem busa i po parunastu sekundach jechałem już na Łysą Polanę.
Wszyscy pasażerowie wybierali się do Morskiego Oka. Wyposażeni byli w pełny ekwipunek wysokogórski, czyli adidasy, polary, foliaki i reklamówki, czasami plecaki.
Na przejściu kupiłem korony i od razu złapałem stopa do Jaworzyny Tatrzańskiej. Akurat podwozili mnie Państwo wybierający się do Bułgarii, a że stamtąd właśnie tydzień wcześniej wróciłem, to mieliśmy dużo tematów do rozmowy.
W Jaworzynie, zarzuciłem plecak i ruszyłem trochę z duszą na ramieniu w głąb Doliny Jaworowej. Pogoda lekko „straszyła”, ale nic nie padało. Deszcz zrobił sobie przerwę po całonocnej ulewie.
Potok płynący dnem doliny przewalał się pomiędzy skałami z niesamowitą siłą. Poziom wody był bardzo, bardzo wysoki. Przykryte były nawet najwyższe głazy.
Pierwszą godzinę postanowiłem iść w „miarę” wolnym krokiem, aby trochę rozgrzać mięśnie po kilkudniowym bezruchu. Wyprzedziły mnie w tym czasie dwie Słowaczki dziarsko maszerujące w górę doliny. Jak to Słowacy, w pełni wyposażeni i fajnie odziani. Różnicę z „naszymi” turystami widać od razu.
Po godzinie zmieniłem w końcu sandały na górskie buciory i ruszyłem dalej „z kopyta”. Droga wznosiła się coraz wyżej i prowadziła przez moczące wszystko wysokie trawy.
W końcu wyszedłem na niewielką polankę. Zgromadziła się na niej grupa ok 10 ludzi, Polacy i Słowacy. Twierdzili, że dalej iść się nie da!!! :( Albo idzie się w butach po kostki w wodzie, albo boso! Uuuuuuuuu, już miałem przez chwilę przed oczami wizję powrotu do Polski i wybrania innego szlaku.
Ale nie ma tak lekko! Postanowiłem samemu sprawdzić, czy na pewno tam dalej to tak fatalnie wygląda. Ścieżka, jak ścieżka, coraz bardziej w wodzie. Zacząłem iść w rozkroku biorąc ją pomiędzy nogi i idąc po jej krawędziach. Wciąż się zastanawiałem, gdzie jest to miejsce, gdzie jest totalna powódź i nie da się iść bez brodzenia po kostki.
Usłyszałem jak ktoś mnie z tyłu dogania. Postanowiłem trochę zwolnić i poczekać, no bo w grupie to zawsze raźniej. Przypadkowo spotkany kompan powiedział, że już od 30 lat chodzi po Tatrach i jeszcze nie było takiej drogi, z której by musiał zawracać. Oj, to mnie pocieszył! Myślę sobie: „przysssssam się do niego i po kłopocie, najwyżej sam się pierwszy utopi :-)”.
Ruszyliśmy ostro do przodu cały czas bokiem ścieżki, przeskakując z kamienia na kamień i pokonując dziesiątki różnych potoków i potoczków. Płynęło wszystko, cała dolina. Padające przez cały poprzedni tydzień intensywne deszcze zgromadziły taką ilość wody, że pełno jej było dosłownie wszędzie. Środkowy odcinek Doliny Jaworowej wyglądał prawie jak delta Dunaju.
Pogoda była idealna do wędrówki, w miarę chłodno i bezwietrznie. Rozpędziliśmy się jak jakieś cyborgi stworzone do podchodzenia pod górę. Wszystko wokół spowite było mgłą, szczyty, polany, przewalała się ona z kąta w kąt po całej dolinie. Doskonale czuło się nastrój i tchnienie Wysokich Tatr.
Podejście na Lodową Przełęcz zdaje się nie mieć końca. Wydaje się, że to już już, a to jeszcze jeden kolejny próg, i jeszcze jeden. Nie widać żadnego szczytu, mgły kłębią się na wysokości Przełęczy, a poniżej widać całą rozległość Doliny. Zaczynam czuć brak solidnego drugiego śniadania. Ostatni raz jadłem coś w pociągu około szóstej rano. Teraz gwałtownie słabnę. Nie chcę jednak stawać przed Lodową i próbuję załatać dziurę w brzuchu czekoladą i cukierkami.
Ostatni odcinek to wędrówka w labiryncie głazów, wyszukiwanie znaków szlaku w gęstniejącej mgle na omszałych kamieniach. Robi się coraz zimniej i coraz ciemniej. Dochodzimy wreszcie do celu. Cel wygląda tajemniczo i groźnie. Widoczność tylko na odległość 10m.
Żegnamy się. Przygodny towarzysz wraca z powrotem tą samą drogą do Zdziaru, gdzie zamieszkał w czasie wakacji. Ja nigdzie nie mieszkam więc przechodzę przez Przełęcz w stronę Doliny Pięciu Stawów Spiskich.
Robi się ciemno. Zaczyna walić grad. Wiatr zacina prawie poziomo.
Czuję, że jeżeli szybko czegoś nie zjem i się nie napiję, to całkiem padnę. Zapada decyzja o „rozbiciu biwaku”. Schodzę trochę z przełęczy i w ochronie przed zacinającym deszczem próbuję się przytulić do jakiś skał. Połykam wszystko co mam pod ręką, nie bawiąc się w krojenie, smarowanie, przygotowywanie. Serek zwany asfaltem zamiast na kanapkę, leci w całości do ust. Od razu czuje, że zaczynają mi wracać siły.
Schodzę po tych paskudnych piargach zniszczonych przez erozję turystyczną. Jeszcze godzinka i będę w Terince.
Po drodze spoglądam w stronę Czerwonej Ławki. Tyle się naczytałem o tej przełęczy i o szlaku na nią. Jakoś ciężko mi jest sobie wyobrazić jak w tych warunkach byłbym w stanie przez nią przejść. Na szczęście jest to zadanie na jutro. Dziś celem jest już tylko schronisko, czesnakowa polewka, knedliki i kufel piwa.
Przechodzę bulę nad schroniskiem i dochodzę do pierwszego spiskiego stawu. Już tylko kilkadziesiąt metrów, już widać schronisko, i ….. koniec. Nie da się dalej przejść! Woda uchodząca z jeziorka ma dziś tak wysoki poziom, że prawie w całości przykryła zrobioną groblę!!!!!
Stoję zrozpaczony o parę metrów od schroniska i nie mogę zrobić ani kroku dalej!!! Próbuję obejść z dołu, ale tu jest prawdziwy wodospad. Czekam, aż ktoś się pojawi od strony schroniska, skoro doszedł to może ma jakiś patent jak przejść suchą stopą. Nikogo. Zaczynam lewitować na wystających z wody kamieniach, ryzykując zamoczenie butów, których już nie będę miał jak do końca eskapady wysuszyć. Szybkie, zdecydowane przejście po samych czubkach wystających kamieni odbywa się jednak bez „wpadki”. Ufffffffff, nareszcie po drugiej stronie.
Jeszcze parę kroków i już wnętrze schroniska. Chatar od razu mnie wita i pokazuje gdzie mogę się przespać. Wysokie trzecie piętro w łóżku piętrowym robi na mnie wrażenie. No tak nie spadłem z Lodowej, to głupio by było z własnego wyrka wypaść. ;-)
Wieczór w schronisku mija bardzo sympatycznie. Spotykam wiele osób z Polski,Słowacji, Austrii. Piwo szalenie ułatwia wielojęzyczne rozmowy.
Wypytuję zdziwiony Austriaków co oni tu robią, przecież mają tyle pięknych górzystych terenów. Okazuje się, że ich rodacy wcale z tego nie korzystają. Większość zachwyca się okolicami GrossGlockner, a w pozostałych rejonach są pustki. Czyli podobnie jak u nas z Giewontem i Kasprowym.
Wszyscy wykończeni szybko padają do łóżka już po ósmej. Tylko my siedzimy sobie jeszcze nad kufelkami i opijamy międzynarodowe spotkanie.
Wdrapuję się na moje trzecie piętro obwieszone mokrymi ciuchami, wślizguję do śpiworka i pełen błogości zapadam w sen.
Dzień 2: Czerwona Ławka-Rohatka-Dolina Białej Wody
Budzi mnie ruch na dole. Ludzie wstają i pakują się. Każdy gdzieś się śpieszy. Wchodzę do jadalni i już wszystko jest jasne. Pogoda jest IDEALNA. Po prostu całkowicie błękitne niebo i ani śladu chmurki.
Nasze knajpy mogły by się uczyć tempa i sprawności w jakim chatar Miro wydaje śniadanie dla kilkudziesięciu ludzi. Coś nieprawdopodobnego. Zasiadam do królewskiego posiłku. Czego tam nie dali. Serki, dżemik, miód, jajko na twardo i ichniejsza, specyficzna ziołowa herbata, którą można się opijać bez końca i końca. I to wszystko ludzie wtargali tutaj na plecach!
Śniadanie jadłem z dwoma sympatycznymi Słowaczkami. Omawialiśmy nasze trasy, przeszłe i przyszły, i co chwila słyszałem tylko: „to je pikne”, i „tamto je pikne”.
Jeszcze robię sobie kawę i chyba jako ostatni, ociągając się, ile się tylko da opuszczam to miejsce. Na zewnątrz dłuuuuga sesja fotograficzna. Podnoszące się słońce rozświetla dolinę i Spiskie Stawy. Jakże inaczej to wygląda niż w dniu wczorajszym, jakby inna dolina, jakby inny świat.
Wspinam się z zapałem z powrotem do Dolinki pod Siedelkiem. Na rozstaju szlaków proszę jedną węgierkę o zrobienie zdjęcia i słyszę okrzyk, „Ooooh, You’ve got the same camera!”
Na piargach pod Czerwoną Ławką spotykam małżeństwo z Litwy z dwójką kilkuletnich dzieci. Spotkaliśmy sie jeszcze kilkukrotnie na szlaku i co ciekawe, w zależności od spotkania i od tego czy towarzyszyła nam jego żona, Francuzi,czy Niemcy, to rozmawialiśmy po polsku , rosyjsku lub angielsku. Prawdziwy galimatias językowy. Uśmiać się można. :)
Wejście po półeczkach skalnych ubezpieczane 200-stu metrowym łańcuchem. Podobno najtrudniejszy znakowany szlak w całych Tatrach. Na szczęście o tej porze dnia nie ma żadnego tłoku i zatorów, więc i z wejściem nie ma problemów. Za to osoby z lękiem wysokości mogą mieć „pełne gacie”.
Sama przełęcz jest malutka i wąziutka, ledwie mieści się na niej parę osób. Po chwili dołącza do mnie para francuzów. Robimy sobie na wzajem zdjęcia, częstujemy się czekoladą i podziwiamy widoki. Z jednej strony Baranie Rogi i błyszcząca w słońcu stacja kolejki na Łomnicy, a z drugiej widok na Dolinę Staroleśną i Sławkowski Szczyt. Dochodzą Litwini z powiązanymi liną dziećmi. Tym razem przechodzimy wszyscy zgodnie na angielski.
Siedzę oparty plecami o Mały Lodowy Szczyt i jeszcze przez chwilę chłonę widoki. Zejście na dół prowadzi osypującymi się piargami. Od dołu walą jednokierunkowym szlakiem pod prąd dwie dziewczyny. Oczywiście polki. Rozbiły się obozem w Zbójnickiej Chacie i idą tylko na przełęcz i z powrotem. Wczoraj miały mniej szczęścia ode mnie. Podchodziły Doliną Białej Wody. Po obwitych deszczach płynęły tamtędy setki strumieni. Nie miały innego wyjścia jak tylko brodzić po kostki w wodzie. Mogą zapomnieć do końca wyjazdu o suchych buciorach.
Szlak trawersuje zbocza Ostrego i Jaworowego Szczytu. Idzie się bardzo, bardzo przyjemnie. Fajna droga, piękne widoki, błękitne niebo. Francuz poleciał przodem, a ja idę z jego towarzyszką i namiętnie o czymś dyskutujemy.
Zbójnicka Chata serwuje smakowicie zrobione smażone sery. Niestety wrzątku tu nie uświadczysz, więc nie wypiję swojej ulubionej kawy 3 w 1. Siedzimy tak godzinami i nie mogę się zebrać, aby opuścić to miejsce. Co ciekawe, podsłuchuję, że znajoma parka „francuzów” rozmawia między sobą po niemiecku! Mówię, im że coś mi w tym nie gra, a tu sie okazuje, że dziewczyna jest Niemką i to taka międzynarodowa para na tygodniowych wakacjach w słowackich Tatrach. Cóż, świat się kurczy.
„Już do odwrotu głos trąbki wzywa”. Na drogowskazie pisze Łysa Polana – 6h. Trzeba mocno (bardzo mocno) napierać aby zdążyć na pociąg z Zakopanego. Wyciągam nogi ile wlezie i rozpoczynam strome podejście pod Rohatkę. Oj jest gdzie podchodzić. Godzinny marsz stromo w górę zakosami, po obsuwających się piargach wyciska wszystkie poty. Pomimo, że z ciężkim plecakiem, to wyprzedzam coraz to nowe osoby. W dole Kotlina pod Prielomom wypełniona ogromnymi głazami.
Przełęcz Rohatka. Jakiś sympatyczny członek wycieczki zakładowej wyjmuje zza pazucha piersióweczkę i mówi do mnie: „napijcie się kolego”. He, he, zamurowało mnie całkowicie. Widać są ludzie lepiej przygotowujący się do wycieczki ode mnie :-)
Zejście całkiem strome i ubezpieczone łańcuchami. Na szlaku w kierunku Polskiego Grzebienia leży chyba nigdy nie zanikający ogromny płat śniegu. Odbijam niebieskim w prawo i rozpoczynam zejście przez Zamarznięty Kocioł do Litworowej Doliny. Widok jest powalający na kolana. Ogromna wisząca dolina, zawieszona nad czymś czego nie widać. Obok nad urwiskiem przepiękna Hruba Wieża. Wydaje się, że za tym zaczyna się wielka przepaść.
Obok Zamarzniętego Stawu mijam matkę z dziesięcioletnią dziewczynką. Idzie na Polski Grzebień. Samochód zostawili na Łysej Polanie. Patrzę na zegarek. 16.00. Ciężko widzę ich powrót, może na 22.00 się wyrobią.
Idę dalej i tonę w zachwytach. Na „urwaniu” doliny, na wprost Hrubej Wieży robie przerwę „na obiad”. Wcinam co tam jeszcze w plecaku zostało. Miejsce wybrałem sobie najlepsze z możliwych. Po prawej stronie pasie sie stado kozic. Po lewej Wysoka i odbijające się w Litworowym stawie Rysy. Jest to jedno z tych miejsc, od którego nie można się oderwać. Gdzie obiecuje się sobie wrócić w następnym roku.
Słońce zachodzi. Dolinę zaczynają wypełniać cienie. Schodzę coraz niżej i niżej. Nad dolną częścią doliny piętrzy się przepiękna formacja skalna Młynarza. Widok zapadający głęboko w pamięć, wzmagający chęć powrotu.
Wszędzie jest mokro, ale już nie widać tych setek strumieni, o których opowiadały mi spotkane po drodze dziewczyny. Polana pod Wysoką zakańcza ostatecznie „wysokogórską” część wycieczki. Teraz zostaje dojść tylko na Łysą Polanę. Jeszcze z 10km.
Wygodna droga prowadzi przez las wychodząc od czasu do czasu na polanki. W pewnym momencie widzę dwóch niesamowitych obdartusów, boso, cali brudni. „Co za jedni” – myślę sobie. Za chwilę mija mnie rycerz na koniu i wszystko jasne. Kręcą tu jakiś film historyczny.
Dochodzę do leśniczówki. Za chwilę widzę ludzi idących po drugiej stronie Białki drogą z Morskiego Oka. Oj wielka szkoda, ze nie ma tu mostka. Odwiedziłbym Roztokę i może zdecydował tam zanocować. W sumie do domu mi nie było śpieszno, nawet miałem plany tam spać i wrócić do Zakopca następnego dnia przez Krzyżne. Ale dosyć miałem już samotnego łażenia i zupełnie siadła we mnie motywacja. Cóż w zespole zawsze raźniej.
Po drodze zatrzymuję wracający z leśniczówki samochód i podwozi mnie do przejścia granicznego. Po 2 minutach siedzę już w autobusie. Korzystam z najdroższego w życiu kibelka na dworcu PKS za 3zł. Ale z wodą! Co w górach nie było takie oczywiste. Atakuję WARS na dworcu i odrabiam dwudniowe zaległości w jedzeniu i piciu
W pociągu wyszukuję jakiegoś „swojego” towarzystwa. Widze dziewczynę z kijkami przytroczonymi do plecaka, a więc się dosiadam, aby porozmawiać na górskie tematy. Przedział po drodze zapełnia się na maksa. Droga zaczyna się dłuuuużyć w nieskończoność. Patrzę ze współczuciem na osoby co jadą aż do Poznania. Czeka ich podróż do samego rana. Wysiadam w Gliwicach na dworcu. Żona zarwała noc, aby wyjechać mi na przeciw. Gorące brawa dla Niej!! O 3.00 jestem wykąpany i wskakuję do łóżka. 48 godzin. A więc jednak nie zwariowałem. Sprężyłem się i przeżyłem fantastyczną przygodę, jedną z najciekawszych w moim życiu. I obiecałem sobie, że za rok na pewno powrócę w Tatry.
Polub to!















masz fajną żonę
Ej no lajcik gitez. Samał też łaże z ekipą bo górach ale na czerwonej ławce jeszcze nie miałam okazji być, kurcze musze to nadrobic bo sadzac po Twoim opisie i zdjeciach jest tam super!!!
Pozdro!
Magda Kokkainka
ELO!
Gangstaska ta stronka ;)Kurcze ja łaże z ekipą po górach ostatnio może troche mniej bo takie różne dziwne rzeczy sie podziały, ale powiem ze na Czerwonej Ławce nie byłam, ale pójdę jak tylko mi czas i inne rzeczy na to pozwola bo kurcze wg Twojej opowieści i zdjęć tam jest poprostu Full Wypas!
Pozdro
Magda Kokkainka
Czerwona Ławka jest super! Tak więc koniecznie uwzględnij ją w planach wycieczek w Tatry w następnym roku. Polecam nocleg w chacie Terycho, to rano będzie mało ludzi na tym długim łańcuchu Czerwonej Ławki.
Tylko uważaj !!! powodzenia !
Stary…..super wyprawka…….i w dodatku jesteś moim ziomem z Gliwic………może sie kiedyś spotkamy na szlaku. Ja akurat mam to szczęście i robimy z ekipą samochodem jednodniowe wypady w Tatry. Wyjazd o 2 w nocy. 4.30 na Głodówce itd itp. Mam też kupę zdjęć. Jeśli chcesz sie wymienić i podzielić fajnymi klimatami to pisz na inflames1974@o2.pl
czesc Jacku
fantastyczny wypad,chce skopiowac twoj wyczyn, tzn przejsc te miejsca w dokladnie ten sam sposob,kurcze ,tez bede jechal pociagiem z okolic Poznania,to najgorsza rzecz ,ale czego nie robi sie dla najpiekniejszych miejsc na swiecie….
pozdr,serdecznie
Trzymam kciuki za Twój wyjazd i życzę ogromnego napływu motywacji, aby przełamać pociągowe dylematy :-) Na pewno nie pożałujesz!
No i daj znać jak Ci poszło!
Bardzo fajny i ciekawy opis, tym bardziej mi się podobał, że dziś jadę w te same miejsca :) Taka mała wyprawa po schroniskach i górach słowackich. Na szczęście ja mam na to 4 dni…
Narzekacie na dojazd z Poznania… Ja jadę ze Słupska, czasem samochodem, inne wyprawy rozpoczynają się od 12-godzinnej jazdy pociągiem… Ale chwila, gdy docieram do Zakopanego i moja wyprawa zaczyna się naprawdę, rekompensuje wszystkie trudy podróży.
Pozdrawiam wszystkich zakochanych w górach!
Jak wrócę, podzielę się wrażeniami…
Ciekawy opis :) A czy ktoś mógłby mi powiedzieć, co robi większe wrażenie : Orla Perć czy Czerwona Ławka? Który szlak jest trudniejszy? Jak ma się do tego wejście na Rysy? Pozdrawiam
Dzięki! Cieszę się, że podoba się Wam mój opis, podobnie jak mi podobała się cała wyprawa. Było super i cieszę się, że podjąłem wtedy tą decyzję o samotnym wyjeździe.
Maciek:
no jedni mają daleko w góry, drudzy nad morze, a wiec w jakiś sposób to się wyrównuje :)
Kalina:
Orla Perć to długi szlak prowadzący przeważnie granią.
Czerwona Ławka to jedno podejście na przełęcz. Fakt, że prowadzi mocno pionowo, ale jest ubezpieczone łańcuchami i nie stanowi jakiejś ekstra trudności.
Wejście na Rysy ma tylko jeden trudniejszy moment, kiedy to nagle otwiera się widok na Dolinę Ciężką i wrażenie robi pojawiająca się nagle ekspozycja.
Wszystkie 3 szlaki są mocno oblegane przez ludzi, a więc do przejścia dla każdego obytego z górami w dobrych warunkach pogodowych. Niestety góry zabijają non-stop, więc trochę pokory też jest potrzebne.
Ciekawe co wybierzesz, życzę udanej wyprawy.
Dzięki za odpowiedź :) Orlą Perć znam – rok temu przeszłam od Zawratu do Krzyżnego. Jestem bardzo ciekawa właśnie, jak się ma do tego szlaku Czerwona Ławka – stąd moje pytania. Ale o ile pogoda pozwoli – najpierw Rysy. Po powrocie podzielę się wrażeniami. Pozdrawiam
No to życzę ci udanej pogody i połączenia jednego z drugim :)
Kalina, jakbyś chciała dać sobie solidnie w kość, a przy okazji zapomnieć o bożym świecie to może taka trasa:
Dolina Jaworowa-Lodowa Przełęcz-Czerwona Ławka-Rohatka-Polski Grzebień-Tatrzańska Magistrala-Popradzki Staw-Rysy-Morskie Oko to masz za jednym zamachem wszystko co chcesz, a ilość noclegów możesz dobrać sobie na trasie wg własnego uznania :-)
He,he, nie, nie słuchaj mnie, dobierz sobie trasę dokładnie według własnych potrzeb, chęci i motywacji! Powodzenia!
Jacku,
Twoje slowa o szlaku w kierunku Polskiego Grzebienia,
„powalajacy na kolana widok Litworowej Doliny” sprowadzaja
mnie od tygodni do tych fotografii.
Chyba pomogles mi odnalezc scenerie jednej z ciekawszych
przygod z mojego zyciorysu. Tez obiecywalam sobie, ze wroce!
I wracam na jawie, ale tylko pamiecia bez wspomnien i ze smetna refleksja.
Gdzie te szlaki wsrod gwiazd, co stalo sie z ludzmi i czy spacerujac
Mleczna Droga bedziemy znowu mlodzi czy z laseczka?
Wszystko niestety przemija. Nawet pamięć staje się ulotna i zaciera, zatraca i przekręca wszystko.
Też się zastanawiam, gdzie ci ludzie na szlaku wśród gwiazd.
Mi udało się tam niepodziewanie wrócić po roku. W tym samym miejscu pod Hrubaczą Wieżą, z widokiem na Rysy siedzieliśmy sobie i zajadali ostatni górski posiłek. Wpatrzeni zachwyceni w słońca blask chowający się za Rysami…
Hmmmm,
podoba mi sie to…
Trzeba sie tam wybrac
Swietny opis.Posluchaj,jak wyglada sprawa z noclegiem w schronisku?Potrzebna jest rezerwacja czy jakby co to i podloga sie znajdzie? pozdrowienia. Werszler
Witaj! Terinka jest bardzo popularna, więc prawie zawsze jest tam komplet lub nadkomplet. Przeważnie z noclegiem nie ma problemu, raz byliśmy po 20 i dostałem glebę, choć widziałem, że ludzie którzy przyszli po 21 mieli problemy. Tamtejszy chatar, Miro Jílek, choć bardzo sympatyczny człowiek, czasami jest nieprzewidywalny.
poprostu śliczne to.jak ja kocham góry.byłam w tamtym roku w górach.podziwiałam widoki morskiego oka.
szkoda że jeszcze nie moge się wspiąć się na górę na g. jaka tam była.
wiki.:)
świetny opis…zazdrość wzrasta w miarę czytania:)
sama przeszłam Czerwoną Ławkę i uznaję to za jedno z ciekawszych przeżyć górskich. przyznam, że szłam tam trochę „nieuświadomiona” i kiedy po raz pierwszy oczom mym ukazało się owo podejście, miałam poważne wątpliwości (głównie ze względu na lęk wysokości), czy to na pewno dla mnie. ale…ze słabościami należy walczyć:) do tego wsparcie ze strony towarzyszek wędrówki i nie było wcale aż tak źle (czyt. umiarkowanie ciężko i straszno). jedyne co trochę zepsuło urok wspinaczki to popędzający z dołu…nie, nie, wcale nie Polacy, a niestety tym razem Słowacy.
teraz zbieram siły, ale przede wszystkim odwagę na Orlą i zdaje się, że im dłużej o tym myślę, tym bardziej mój lęk wysokości mnie paraliżuje …czas więc chyba działać zamiast tylko myśleć:)
Witaj! nic nie zazdrość, bo sama też tam byłaś, to nie ma o co ;-)
Faktycznie zdarzają się czasem jakieś pędziwiatry na szlaku, cóż każdy czerpie przyjemność z czegoś innego na szlaku. A jak otworzą szlak z Doliny Kieżmarskiej, przez Baranią Przełęcz, do Doliny Pięciu Stawów Spiskich, to tam dopiero zacznie się kolejna fala piechurów.
Za drugim razem jak tam byłem, to z powodu niskiej temperatury wysiadły nam obu akumulatory w aparatach i żal był straszny!
Co do Orlej, to jak Cię lęk wysokości paraliżuje, to zacznij sobie spokojnie najpierw od Granatów w stronę Krzyżne, a za drugim razem zrób sobie resztę. Już samo przejście przez Kozią Przełęcz z Doliny Gąsienicowej do Doliny Pięciu Stawów Polskich, dla osoby z lękiem wysokości dostarcza niezłych wrażeń. No i słusznie organizm nas ostrzega, bo wypadki śmiertelne były też i tam. Trzeba piekielnie uważać.
Życzę udanej wyprawy!
Że „trzeba piekielnie” to się wie i rozumie samo przez się:)
Myślę, że u mnie to taki „rozsądny strach”…żeby faktycznie nie przesadzać kiedy chęć pokonania słabości kusi nadmiernie. Ale przecież nie mogę rezygnować z tego co jest dla mnie, no, może nie najważniejsze, ale po prostu ważne…i to tylko dlatego;), że natura wywinęła mi psikusa i w pakiecie z pasją do gór dała mi lęk przed ich potęgą.
Jak to się mówi, „każdy ma swój Everest”, dla jednego będzie to Orla Perć, dla drugiego Kościelec, a dla kogoś innego Kazalnica.
Myślę, że na siłę nie ma co, aby w naprawdę eksponowanym miejscu strach Ciebie nie poraził, ale stopniowo przezwyciężać swoje słabości i przeć do przodu! Wszak żyje się tylko raz! :-)
Przypomniało mi się jak pomiędzy Wrotami Chałubińskiego, a Szpiglasowym Wierchem spojrzałem w dół! A dół gdzieś tam bardzo daleko w dole. Takie widoki pamięta się do końca życia.
Przeglądam górskie strony, ale z największą przyjemnością wracam do Twojej Jacku. Dodajesz ludziom tyle otuchy i wsparcia….
Więc ja za Tobą po zeszłorocznych Rohaczach w tym roku na Czerwoną Ławkę. Inna trasa – 1 dniowa: Hrebienok, Dolina Małej Zimnej Wody – przepiekna, Chata Teryho, Czerwona, Zbójnicka Chata i Staroleśną na Hrebienok. Pięknie i dość pusto bo między deszczami i wcześnie rano. 5 krzyżyk jakoś nie protestował, więc szukam na przyszły rok. Gdzie …..? Pozdrawiam !
Krysiu! Dużo radości sprawiły mi Twoje słowa! Cieszę się, że podoba się tobie moja strona i zaglądasz tu czasem, szukać nowych pomysłów :)
A niech te „krzyżyki” pozostaną w domu na wieszaku, bo przygoda przecież czeka i nic nie może nas zatrzymać. Twoja ostatnia trasa, to naprawdę coś pięknego i wiążę z nią wiele miłych wspomnień. Nigdy dokładnie tak nie szedłem, a Dolina Małej Zimnej Wody w dolnej części, na razie czeka jeszcze na mnie na inne czasy.
A nie masz pomysłu na przyszły rok? No to nic się nie martw. Tyle tego jest, że naprawdę jest gdzie jeździć. Polska, Słowacja i Czechy, to tyle możliwości w zasięgu naszej ręki. Jesioniki, Karkonosze Czeskie, Góry Kaczawskie, Sulovskie Vrchy, Mała Fatra, Wielka Fatra, Gemer, Liptów, Orawa i Spisz. Jest co robić :D
Pozdrawiam!
No tak Orawa i Spisz piękny, niskie Tatry i Liptow przecudny,stupaczki na Hornadzie robią wrażenie na Wielkim Rozsutcu nasze życzenia pozostawione w skrzynce pewnie tkwią do dzisiaj. Karkonosze i G. Izerskie, Pradziad i przepiekna Karlowa Studienka tyle tego zachwytu w pamięci , a ciągle mało.
Jednak turnie Tatr mają w sobie taką magię, że się o nich myśli już pierwszego dnia po powrocie. Szkoda, że lato tak szybko mija….
fajne woty
Fajnie że wreszcie ktoś docenił SŁowackie Tatry.My przeszliśmy wszystkie ogólnie dostępne szlaki w Tatrach Wysokich na Słowacji i niemal wszystkie w Zachodnich na Słowacji.Można o tym dużo pisać.Dla nas to głównie to ,że jest tam duuuużo mniej turystów, czasami idziemy kilka godzin nie spotykając człowieka.Niemal za każdym razem spotykamy kozice, świstaki.
Polecamy szczerze tę część Tatr.Wyjdźcie na Małą Wysoką, Jagnięcy, Krywań- też jest pięknie.W samotności idziecie też na Otargańce.
Jeszcze dodam że byliśmy w Dolinie Ciężkiej/zaintrygowała na ścieżka, sądziliśmy że skręci do Litworowej , nigdy się nie cofamy, doszliśmy do końca myśląc o pokutce/ .Widoki przednie, totalna dzicz i satysfakcja że doszliśmy do Zamarzłego Stawu- ale wszystko to nielegalnie/można wynająć słowackiego przewodnika ale o tym dowiedzieliśmy się potem.
Chodzimy we dwójkę- czasem z córkami.Pozdrawiamy, może spotkamy się na szlaku- spędzamy na szlakach około 10 dni w roku latem, jesienią i zima \Zbójnicka jest otwarta cały rok. DO ZOBACZENIA
Witajcie!
Do wycieczek w Tatry Słowackie skłoniła mnie chęć oderwania się od wielokrotnie złażonych i kosmicznie zatłoczonych naszych polskich szlaków. Miała to być taka wyprawa w nieznane i bardziej dzikie rejony. Oczywiście z tą dzikością i pustością, to przesada, ale był to krok na przód w turystycznym doświadczeniu i do tego taki cel w zasięgu ręki.
Z tą Doliną Ciężką, to uderzyliście w mój czuły punkt! Strasznie mi ona chodziła zawsze po głowie i masę zdjęć, opisów i relacji się naczytałem.
Też jestem zdania, że sezon turystyczny trwa cały rok więc do zobaczenia na szlakach. Pozdrawiam.
Przed nami Nowy Rok i nowe marzenia do zrealizowania.Marzy nam się z mężem przejść Tatry wzdłuż , około 54 km. Wielokrotnie przechodziliśmy w poprzek , to są jednodniowe wyprawy.Przejście od Tatr Bielskich do Rohaczy byłby całkiem fajny.Już robiliśmy przymiarkę czasową i noclegową.Jedyny problem tkwi w transporcie do i z Tatr, ale jest to do rozwiązania /córka + telefon/.
W 2009 ŻYCZYMY WSZYSTKIM REALIZACJI MARZEŃ I ZDROWIA DO TEGO POTRZEBNEGO.ŻYCZYMY TEŻ MAŁEGO SZCZEGÓŁU ,ŚRODKÓW FINANSOWYCH I DUŻO WOLNEGO CZASU .
No po całej serii wycieczek, kiedy człowiek godzinami ślęczy nad mapą, jaką by tu nową trasę wymyśleć, potrzeba jakiś nowych, motywujących pomysłów. :) Od Przełęczy Zdziarskiej po Przełęcz Huciańską!!! Już przymykam oczy i w myślach próbuję sobie przypomnieć dawno nie odwiedzane miejsca . Życzę Wam, aby otwarli Wam wreszcie na tą okazję przejście przez Baranie Rogi,abyście nie musieli za blisko do cywilizacji schodzić ;) Oj ,fajnie by było tak się przez Gładką Przełęcz przepchać, choć tam tego kawałka szlaku brakuje. Sam nie wiem , czy będąc na Waszym miejscu nie wybrałbym wariantu obejścia grani słowacką stroną, przez Zawory, zawsze to spokojniej i przytulniej :D Bardziej dziko i pusto i o to chyba chodzi. Tylko z noclegami tam krucho. no to życzę udanej wyprawy w 2009 roku i pięknych widoków na całe Podhale, Liptów i Orawę :)
Witam,
Bardzo zachęcający opis ciekawej wędrówki. Sama byłam już na Przełęczy Lodowej parę lat temu (tyle,że w przeciwnym kierunku:)), jednak Czerwona Ławka i Rohatka nadal pozostają przeze mnie niezdobyte. Nie pomyślałam wcześniej,że można zrobić taką fajną trasę w 2 dni. Do Zakopca mam teraz niedaleko, bo jakieś 100 km,więc wierzę, że uda mi się w jakiś sierpniowy weekend (bez brania urlopu:)) wybrać na podobną wycieczkę:)
Zawsze jak jestem w górach mam ochotę wszystko opisać, zapamiętać emocje, jakie mi wtedy towarzyszą…do tej pory jednak tego nie robiłam, a szkoda…bo w Pana relacji można wiele między słowami wyczytać..
pozdrawiam i miłych wędrówek życzę…
Witaj!Cieszę się, że podoba się Tobie moja relacja. To była naprawdę super wycieczka.Pierwsza,która otworzyła potem całą serię wypraw.
Cieszę się, że zacząłem spisywać co niektóre wyjazdy, bo pamięć jest naprawdę ulotna, a szkoda stracić tak wiele chwil.
Jak mieszkasz 100 od Zakopanego, to myślę że to sierpnia to możesz jeszcze z 5 wycieczek w góry zrobić :) Czego tobie serdecznie życzę.
Świetnie piszesz. Chce się czytać. Muszę powiedzieć, że zabiłeś mi ćwika ta Czerwoną Ławką. Też łążę ale po słowackich jeszzce nie. Może w nastepnym sezonie. No chyba żebym zdążył zrobić Rysy z wejściem od słowackiej strony. Zapraszam do wymiany linków.
HeHe! Dzięki serdeczne! Bardzo miło mi to słyszeć.
Co do ćwieków, to po to Tobie je pozabijałem, żebyś sobie poszedł na Czerwoną Ławkę je powybijać ;) Tatry są pierońsko małe w porównaniu z innymi górami i na pewno sobie fajne, zgrabne kółeczko ułożysz i przez Rysy i przez Czerwoną Ławkę. Pozdrawiam. (nie mam jeszcze działu linków, ale z każdego Twojego komentarza jest bezpośredni link do Twojej strony).
Dzieki za przysluge – jesli chcialbys miec link na mojej stronce to podeslij mi mailem banner o wymiarach 300×200 do wklejenia w moim dziale linki i ewentualnie pare(dziesiat) slow o Twojej witrynie.
Na Rysy przygotowuje sie z przyjaciolmi gdzie jedna osoba jest troche slabsza i musimy sie do niej rownac wiec jesli juz to Czerwona Lawka samemu lub w innym towarzystwie niz na Rysy. Rysy juz im obiecalem.
Witaj:)
Przymierzam się do Rohaczy…a jestem świeżo po Bystrym Sedle,Krywaniu i Sławkowskim..tylko strach mnie zjada czy radę sobie dam na tych Rohaczach…na pewno nie pójdę sama,a z kimś kto popędzał mnie nie będzie..oby tylko trafić z pogoda,co by mnie burza i tłum nie popędzały:(( podpowiedz jeszcze czy więcej z łańcuchami pod górkę,czy w dół też??strona mi się podoba,i zerkam tu często! pozdrawiam i kolejnych udanych wypraw życzę,
Matragona
Aj,z rozpędu wkleiłam komentarz tutaj zamiast pod relacją o Rohaczach.. zakręcona jestem..:)przepraszam,i tym bardziej czekam na poradę i pozdrawiam:))
Witaj! Odpowiadam z opoznieniem, bo jestem kilka tysiecy kilometrow od domu. Rohaczy sie nie boj, ale podejdz do nich rozsadnie. Zacznij wczesnie rano, to zawsze mniej ludzi. Droga od Wolowca jest OK, ale z drugiej strony tez zle nie bedzie. Tak przespac sie w Zarskiej Chacie i udezyc o swicie, to cale pasmo bedzie prawie tylko dla was.
Pozdrawiam i udanego wypadu zycze!
Dzięki Jacku Podróżniku:)
Niestety pierwsze podejście na Rohacze od Wołowca nie udało się,strach i lęk wysokości sparaliżował mnie na pierwszym z dłuższych łańcuchów…ale chcę podjąć jeszcze w sierpniu kolejną próbę,MUSI się udać:)
Pozdrawiam i udanych wojaży życzę:-)
Witaj! Nic się nie martw, przecież to nie zawody. Ważne jest, aby wycieczka jako całość była udana i przyniosła frajdę. My też odpuściliśmy Triglav o 3 godziny drogi od niego i wcale to nie przyniosło ujmy pozostałym wrażeniom, a nawet myślę, wyszło na plus, bo piękne zakątki Alp Julijskich odwiedziliśmy. Jak masz blokady, to jedź sobie w Karkonosze, albo Beskid Sądecki, równie pięknie :)
Hej, hej! Nadal tu zaglądam i Twoje Jacku opisy nadal mnie fascynują. Ale bardziej cenny jest dla mnie Twój optymizm i wola przejścia nowych tras, zobaczenia nowych miejsc.
Pamiętam, jak się bałam wejść na Rohacze i Twoje opisy zmotywowały mnie. Potem już szło według zasady
„ szlaki są zrobione dla ludzi”. I była Czerwona, Rohatka (w śniegu z zasypanymi łańcuchami), Orla, a na deser we wrześniu Gerlach. I mogę powtórzyć Twoje stwierdzenie Tatry są przepiękne, ale małe, zostało parę szlaków… Ale najważniejsze, że do tych działań inspiracją była Twoja stronka i opis Rohaczy, ( do których wracamy serdeczną pamięcią). I dalej inspirujesz! Triglav wbił mi się gwoździem w główkę i wierci. Oj chyba czas pomyśleć.
Pozdrawiam serdecznie Jacku Ciebie i Twoją rodzinę ! No i pisz, wędruj, zdobywaj i pisz!!! A my za Tobą!
Krysiu!! to ja już się boję! bo co się stanie jak gdzieś pójdę, opisze, polecę, a Ty mi zaufasz i stwierdzisz na miejscu, że to nic ciekawego!? To może jednak zostać w domu … ;-)
Alpy Julijskie, to chyba najpiękniejsze góry w jakich do tej pory byłem. Naprawdę polecam. i chociaż byliśmy tylko 5 dni, to daliśmy z siebie wszystko i wykorzystaliśmy czas jak się dało najlepiej. No może poza tą łódką w Bled … Trzeba wrócić. Pozdrawiam serdecznie. Cieszę się, że ciągle tu zaglądasz.
Witam! Tak się składa, że ostatnio bardzo spontaniczne byłem z kolegą właśnie na Lodowej, a miało zakończyć się na Terince, startując ze Smokowca. Dodam, że gdy wyjeżdżaliśmy z Tarnowskich Gór o 2 w nocy było 25 stopni mrozu. Liczyliśmy na sporą inwersję temperatury – no i proszę – w Smokowcu rano „tylko” -12,a pod Terinką -9. Po małym posiłku i kuflu piwa , stwierdziliśmy, że warto by było przejść się gdzieś jeszcze, tym bardziej, że była dopiero 10-ta. Przejrzałem książkę wyjść i okazało się, że w góry wyszły tylko dwie grupy, więc ryzyko spotkania kogoś, komu nie podobałby się nasz „spacer” było niewielkie. Nasz wybór padł na Lodową. Przydały się i to baaardzo wzięte kijki, bo czekana nikt z nas nie posiadał. Wejście było bardzo mozolne z uwagi na zapadanie się w śniegu – w międzyczasie minęło nas kilku narciarzy wysokogórskich, w których ślady później poszliśmy, zjeżdżając spod przełęczy na czteroliterowej części ciała. Był to mój pierwszy typowo zimowy wypad w Tatry i to bardzo udany – pogoda nam dopisała. Pozdrawiam wszystkich łazików górskich.
Witam,
Proszę nie nabijać się z turystów pędzoących do Moka z foliakami w ręku….;) Ja z moim bagażem (6 miesiąc ciązy i 15-miesięczne Bobas) właśnie mogę się tylko wybrać tam. No może bez foliaka, ale asfalt pozwala na japonki na nogach (fajne przy spuchniętych nogach)…… A na Czerwonej już byłam….. z Tatrowych wrażeń obecnie pozostaje mi spacerek do Moka, Chochołowska lub Kościeliska….. ale jak dzieci dorosną to zaczniemy od Czrewonej:)